Miesiąc 6

Rozszerzanie diety czyli jeden wielki koszmar!

 

Mniej więcej wtedy, czyli właśnie w okolicy szóstego miesiąca, zaczął się dla nas wszystkich dość trudny czas a mianowicie czas rozszerzania diety dziecka. Wspominam to bardzo źle, mój mąż ma traumę do tej pory i w ogóle bardzo niechętnie wracam myślami do tego okresu…. Przy pierwszym dziecku wszystkie rzeczy, które robi się po raz pierwszy są trudne ;). Tutaj ta trudność rozciągnęła nam się na dobrych parę tygodni…. Oczywiście podeszłam do tematu schematycznie, przeczytałam wszelkie możliwe artykuły dotyczące karmienia dzieci i zgodnie z tabelkami zaczęłam Alę zapoznawać z poszczególnymi nowymi warzywkami, owocami itd. Itp. Skutek marny. Moje dziecko nie chciało współpracować. Był wieczny ryk, krzyk, bunt. Nie chodziło o żaden konkretny smak, ona po prostu nie lubiła jeść. Dla niej było  po prostu za wcześnie na rozszerzanie diety, nie była jeszcze na to gotowa. Gdybym wtedy widziała, to, co wiem teraz… Wszelkie możliwe schematy jedzeniowe wskazywały, że je o wiele za mało jak na ten wiek. W dodatku lekarz, do którego trafiliśmy przypadkowo (i którego bym najchętniej udusiła!!!)  kazał ją karmić na siłę, „bo dziecku w tym wieku musi zjeść tyle i tyle”. Teraz wiem, że wyrządziliśmy Ali jak i nam, naszej psychice wielką krzywdę. Ale chciałam dobrze. .. Wiem już, że dziecka nie da się wsadzić w schematy i liczy się indywidualne podejście. Jest takie mądre stwierdzenie (nie pamiętam niestety czyje), że „dziecko się samo nie zagłodzi”. I to jest prawda. Nawet jeśli między śniadaniem a kolacją nie zje nic to naprawdę przeżyje. Wiem z doświadczenia ;). Jeśli dziecko normalnie funkcjonuje, ma dobre wyniki badań, bawi się, jest żywe to na pewno wszystko z nim ok. Szukając sposobu na Alę, wpadły mi w ręce dwie fajne książki, które bardzo polecam. Pierwsza to „Bobas lubi wybór”.

Nie stosowaliśmy co prawda całej metody BLW ale bardziej pojedyncze elementy. Książka trochę pozwala przełamać strach przed daniem bezzębnemu dziecku warzyw czy owoców w całych kawałkach ;). Druga pozycja to „Moje dziecko nie chce jeść”. Świetna książka, która pokazuje jak NIE wychować niejadka.

Z perspektywy czasu wiem, jakie błędy popełniliśmy i obiecałam sobie, że przy drugim dziecku inaczej podejdę do sprawy. I tak właśnie jest. Nie przejmuję się już, że wg statystyk Antek powinien jeść na obiad min. 200 gr i to nie gładkiej papki a papki z małymi kawałkami. Od maleńkich kawałków ma odruch wymiotny – trudno się mówi, może za miesiąc, może za dwa będzie gotowy coś przełknąć.  Zje 30 gram – ok. Nie zje wcale – trudno. Nie głodzę go oczywiście, ale pozwalam samemu decydować ile zje. Bo taka jest prawda – w pewnym sensie to my dorośli na tym etapie decydujemy CO dziecko zje ale to ono powinno przynajmniej decydować o tym, ILE zje. A już na pewno należy unikać metody babć czyli wmuszania jedzenia, bo w ten sposób z dziecka, które je mało, można zrobić właśnie niejadka i skutecznie zniechęcić je do poznawania nowych smaków. Warto sobie zresztą zobrazować całą sytuację - żołądek dziecka jest wielkości jego piąstki. Czyli naprawdę niewielkie porcje sprawiają, że jest najedzone.

Pracując nad naszym małym potworkiem, trafiłam przypadkowo na książeczkę „Bardzo głodna gąsienica”. Książka reklamowana była jako „metoda na niejadka”.

„Żarłoczna, zielona gąsienica przemierza świat w poszukiwaniu smacznych kąsków. Podjada listki i owoce, ale nie gardzi również ciastkiem czy kiszonym ogórkiem. Nawet największy niejadek, towarzysząc jej w podróży poprzez przysmaki, dni tygodnia i liczby, skusi się na małe co nieco.Najbardziej znana książka Erica Carle, do dziś została przetłumaczona na 27 języków.”

Oczywiście kupiłam ;). Nie powiem, żeby miało to jakikolwiek chociaż minimalny wpływ na Ali jedzenie ale znaleźliśmy jej inne zastosowanie. A mianowicie pomaga w nauce liczenia. Więcej prób z książeczkami mającymi zachęcić do jedzenia nie podjęłam ;). Bardziej sprawdził się w tej roli ipad i gry lub kreskówki. Wiem, wiem, mało wychowawcze, ale jeśli 2-letnie dziecko waży niewiele więcej niż sporo młodszy braciszek to każda metoda jest dobra ;).

Podejmując próby nakarmienia Ali zużywaliśmy tonę śliniaków. Przy jej energicznym podejściu i machaniu wszystkimi kończynami po prostu nie nadążałam z praniem. Nie wspominając o pięknych plamach z marchewki czy banana, które nawet potraktowane vanishem nie chciały zejść. Wtedy przeszłam na śliniaki jednorazowe i uważam to za genialne rozwiązanie.

Może mało ekonomiczne na dłuższą metę, ale baaardzo praktyczne, zwłaszcza podczas wyjazdów lub  nawet wyjść do Dziadków czy znajomych. Na wyjazdach przydały nam się też chusteczki do dezynfekcji Milton. Widziałam kiedyś reportaż, że na krzesełkach do karmienia w miejscach publicznych jest więcej zarazków niż w publicznych toaletach czy bankomatach.

Bardzo utkwiło mi to w pamięci. Staram się nie wychowywać dzieci pod kloszem i kontakt z bakteriami mają jak najbardziej ale nie ma potrzeby aby zbierały wszystkie możliwe bakterie innych ludzi. Dlatego właśnie chusteczki okazały się niezawodne i zabieramy je na wszystkie wyjazdy. Milton ma też spray dezynfekujący ale w podróży chusteczki mają bardziej praktyczne zastosowanie.

W związku z tym, że Ala nigdy nie była specjalnie zainteresowana jedzeniem to staraliśmy się ją trochę „podkarmiać” podczas spacerów. Bardzo nam się wtedy przydał specjalny gryzaczek do podawania pokarmu z woreczkiem na warzywa/owoce.

Dziecko dosłownie wysysa zawartość, nie ma ryzyka udławienia się. Tak więc do wózka w sam raz. Wkłady są wymieniane więc pod katem higienicznym też nie ma problemu. A skoro o higienie mowa…. Wraz z pojawieniem się pierwszych ząbków (u Ali później, u Antka bardzo wcześnie) zaczęliśmy używać silikonowej szczoteczki do mycia zębów i masażu dziąseł.

Szczoteczkę przechowuje się w specjalnym etui (dostępne w 3 różnych kolorach). Myślę, że im szybciej dziecko nabierze nawyku mycia zębów tym lepiej. Szczoteczkę nakłada się na palec więc można dość dokładnie wymasować bolące dziąsełka i raczej nie powinno się napotkać na sprzeciw. U nas za to był problem z pastą…. Testowaliśmy kilka różnych, mam wrażenie, że wszystkie dostępne na rynku dla tak małych dzieci.

Zaakceptowana została tylko jedna pasta i tej trzymamy się do tej pory- niebieski Nenedent. Każda inna jest bleeee i odruch wymiotny gwarantowany ;).

Właściwie to miało być o czym innym a cały post wyszedł o (nie)jedzeniu… Ale może to i lepiej, bo nie dla wszystkich rozszerzanie diety jest łatwe i przyjemne więc warto napisać również o tzw. ciemnych stronach ;) W kolejnym miesiącu będzie z powrotem więcej o gadżetach, obiecuję!

 


       




  • « Poprzedni miesiąc                                                                             
wyprawka

Komentarze

Eliza   [2014-05-19 12:59:05]
Ech, u nas też rozszerzanie diety nie przebiegało najciekawiej. Próbowaliśmy tego BLW, ale synek o mało się któregoś pięknego dnia nie zadławił :/ Próbowaliśmy wszystkiego, ale te schematy żywienia są w większości przypadków właśnie tylko schematami. Zamówiłam darmowy poradnik od Bobovity z poradami żywieniowymi i było trochę lepiej. Po portsu wolałam stosować czytać jakieś porady, a nie konkretne plany żywienia. Okazało się po prostu, że trzeba było poczekać jeszcze jakiś czas z nowymi smakami ;) Teraz mały ma prawie 8 miesięcy i wszystko jest w porządku, wcina zupki i obiadki i deserki ;)
 
wyprawka24.pl   [2014-04-30 00:06:45]
Te śliniaki, których my używamy to Tommee Tippee, 20 sztuk kosztuje ok. 15-20 zł (allegro). Czasem bywają też w Lidlu (nie pamiętam firmy, ale ta lidlowska) i one są tańsze a tak samo dobre.
 
ola123   [2014-04-28 22:46:51]
A ile kosztują te śliniaki jednorazowe? I jaka to firma?
 
ola123   [2014-04-28 22:46:37]
A ile kosztują te śliniaki jednorazowe? I jaka to firma?
 
Anita   [2014-04-24 14:38:02]
Hej dziewczyny, u nas tez nie bylo problemu z rozszerzeniem diety, wszystko szlo wrecz ksiazkowo. Oczywiscie nie wszystkie produkty smakuja od razu. Gdzies wyczytalam, ze z nowymi smakami dziecko musi sie zaznajomic i potrzebuje nawet 10 prob zanim rodzic moze stwierdzic czy cos dziecku smakuje czy nie. U nas kiedys marchewka byla "be" a teraz "moze byc", ryby natomiast sa zawsze SUPER :) Grunt to unikac zbyt duzej ilosci cukru, nie zawsze jest niezbedny zeby zadowolic maluszka.
 
Kasia   [2014-04-15 20:11:32]
Ja właśnie spodziewam się drugiego dziecka i obiecałam sobie, że też nie popełnię tych samych błędów z jedzeniem. Właściwie u nas z jedzeniem było wszystko ok, ładnie nam szło rozszerzanie diety, dopóki ja nie poszłam do pracy, a Albertem nie zaczęła zajmować się babcia... Ja próbowałam jakoś wpłynąć na babcię, ale chyba zbyt "łagodnie", ponieważ miałam z tyłu głowy fakt, że może nam powiwdzieć "to zatrudnijcie sobie nianię", a tego nasz budżet by nie wytrzymał wtedy... Syn ma teraz 4,5 lata i skutki babcinego karmienia odczuwamy niestety do dziś. A z artykułu na pewno wykorzystam ten wysysacz :) Super gadżet!